Google Website Translator Gadget

czwartek, 29 marca 2012

Kakaowe babeczki z brzoskwiniami

   Mogłabym napisać muffinki, ale przecież taka obca muffinka, to nasza swojska babeczka:-) A że w papierowej foremce wstawionej do specjalnej formy z zagłębieniami? Ot, wygoda. Tak samo można ją przecież upiec w zwyczajnej, tradycyjnej, metalowej foremce.
   Miałam kilka przepisów na babeczki, zatem jak zwykle wzięłam trochę z jednego, trochę z innego. Efektem są pyszne ciastka, więc spokojnie mogę polecić moją wariację. 
   Do ich wykonania potrzebne są:

  • 2 szklanki mąki pszennej - przesianej,
  • 1 i 1/2 szklanki cukru trzcinowego,
  • 1 opakowanie cukru waniliowego,
  • 1/3 szklanki gorzkiego kakao (sypkiego;-)), a o kakao można poczytać na stronie: http://super-jedzenie.pl/74/kakao/
  • 1/2 szklanki miękkiego masła,
  • 1 i 1/2 szklanki jogurtu naturalnego,
  • 1/2 szklanki mleka,
  • 2 jajka,
  • 1 i 1/2 proszku do pieczenia
  • brzoskwinie z puszki - pokrojone w małe cząsteczki.
   Włączamy piekarnik, żeby nagrzał się do 170 stopni.
   W jednej misce mieszamy przy pomocy łyżki mąkę, kakao i proszek do pieczenia. W drugiej miksujemy na niskich obrotach masło z cukrem i cukrem waniliowym, jajkami i jogurtem. 
   Do drugiej miski powoli wsypujemy zawartość tej pierwszej, mieszając powoli. Kiedy widzimy, że ciasto robi się zbyt gęste i oporne, dolewamy mleko. Ale nie wszystko od razu, bo może się okazać, że pół szklanki to za dużo. Ciasto powinno być raczej gęste. 
   Na koniec do masy wrzucamy pokrojone na cząstki brzoskwinie i delikatnie mieszamy. 
   Napełniamy foremki (około 1 i 1/2 łyżki ciasta) i wkładamy do nagrzanego piekarnika na 40 - 45 minut. 
   Z tych proporcji wyszło mi 28 babeczek, więc piekłam je w dwóch turach. Zapach w domu - zniewalający...  


Przepis bierze udział w akcji durszlakowej "Babki i babeczki".

środa, 28 marca 2012

Makaroni z pesto i roszponką

   Jeśli zostało Ci trochę makaronu z wczoraj, co u mnie często się zdarza, bo zazwyczaj gotuję za dużo, oto sposób na jego smakowite wykorzystanie:-)

  • makaron z wczoraj - w tym razem  tagliatelle i papardelle,
  • kilka pomidorków koktajlowych,
  • łyżka pesto - niestety, korzystam z gotowego pesto alla genovese, ale pewnego dnia sama zrobię ten sos, słowo!
  • roszponka,
  • tarty parmezan,
  • odrobina oliwy na patelnię.
   Makaron wrzucam na rozgrzaną oliwę, podsmażam przez chwilę. Dorzucam do niego pomidorki koktajlowe przekrojone wcześniej na pół i zmniejszam ogień. Jak wszystko się podgrzeje, na pomidorkach zmarszczy się skórka, to dodaję łyżkę pesto. Mieszam dokładnie i po chwili wyłączam gaz. Odstawiam patelnię, do mieszanki dokładam garść roszponki. Danie podaję posypane parmezanem. 
   Szybko, kolorowo, smacznie i zdrowo, a na dodatek nic się nie zmarnuje:-)
   Przepis bierze udział w akcji durszlakowej "Makarony Świata".

niedziela, 25 marca 2012

Czarny ryż Venere z krewetkami

   Ochotę na czarny ryż miałam już dawno. Ostatnio, kupując makarony w sklepie "Piccola Italia" w Warszawie, wypatrzyłam na półce "Riso Venere" - specjalną, szlachetną odmianę dzikiego ryżu. Nie mogłam przejść obok niego obojętnie;-) Nie jest tani, ale nic dziwnego. Ryż czarny nie ma nic wspólnego z ryżem barwionym na czarno atramentem mątwy. Ma za to specyficzny, delikatny orzechowy smak, intensywną barwę i zniewalający aromat. Oczywiście jest zdrowy, bo jest bogaty w witaminy z grupy B. No i jest piękny - nadaje potrawom kolor ciemnej purpury. Włoska nazwa "Venere", czyli Wenus stanowi nawiązanie do jego właściwości afrodyzjaku. Dzisiaj już wiem, że Riso Venere będzie często wykorzystywany w mojej kuchni, bo lubimy towarzystwo Wenus;-)
   Co jest potrzebne:
  • około 3/4 szklanki Riso Venere,
  • 1 litr rosołu wegetariańskiego - ja idę na łatwiznę i korzystam z kostek rosołowych warzywnych bez dodatku soli, BioOaza Organic Products, produkcja włoska,
  • skórka otarta z połowy pomarańczy,
  • krewetki tygrysie,
  • 2 ząbki czosnku
  • około 1 kieliszka białego wytrawnego wina,
  • sól,
  • listki kolendry (więcej o tej pięknie pachnącej przyprawie: http://spec.pl/kulinaria/przyprawy/kolendra-nie-tylko-jako-przyprawa-sprawdz-jej-zastosowanie),
  • 1 łyżka masła,
  • 1 łyżka oliwy.
   Ryż wrzuciłam na sitko i opłukałam pod bieżącą wodą. Zostawiłam na chwilę, żeby ociekł. W garnku rozgrzałam oliwę, wrzuciłam na nią ryż, podsmażałam chwilę, energicznie mieszając, tak żeby ziarenka pokryły się oliwą i zeszkliły. Po kilku minutach zalałam ryż jedną łyżką wazową wrzącego rosołu i wrzuciłam drobno startą skórkę z pomarańczy i trochę soli - oczywiście na wyczucie... Ryż musi gotować się na małym ogniu około 40 minut. Trzeba od czasu do czasu pomieszać. A żeby się nie przypalił, należy dolewać bulionu, ale nie za dużo, żeby zdołał wchłonąć cały płyn. Mieszanie jest bardzo przyjemne, bo zapach chciałoby się chłonąć nie tylko nosem, ale każdym porem skóry. Wenus chyba na mnie podziałała, bo niewiele mi brakuje, żeby zakochać się w Riso Venere;-)
   Na około 10 minut przed zakończeniem gotowania ryżu wzięłam się za krewetki. Wcześniej je rozmroziłam, pozbawiłam ogonków, opłukałam i osuszyłam. Pozostało jedynie rozpuścić masło z czosnkiem na patelni i wrzucić na nie krewetki. Po kilku minutach, jak się trochę podsmażyły, lekko je posoliłam i wlałam do nich wino. Odczekałam aż płyn wyparuje i dopiero wtedy dodałam posiekane świeże listki kolendry. Chciałam, żeby oddały cytrynowo-anyżowy smak krewetkom, ale jednocześnie zachowały zielony kolor.
   Podałam ryż w formie piramidki obłożonej krewetkami z dodatkiem cząstek pomarańczy ozdobionych kolendrą.
   Było tak pysznie, że nie mam ochoty na wietrzenie kuchni. Chciałabym, żeby ten zapach i smak pozostał jak najdłużej.
   

sobota, 24 marca 2012

Koper włoski zapiekany z tym i owym

   Dwa dni temu spontanicznie kupiłam dwie bulwy kopru włoskiego - finocchio - brzmi podobnie do Pinokio;-), nie mając pojęcia, co można z tego czegoś zrobić... 
   Nie będę pisała tu o właściwościach kopru włoskiego, bo na stronie: http://www.naturaity.pl/apteka-natury/warzywa-i-owoce/item/84-koper-włoski.html znalazłam (przed chwilą) całkiem ciekawą informację w pigułce i kilka propozycji kulinarnych, z których pewnie kiedyś skorzystam.
   W czwartek jeszcze nie znałam tej strony, więc, przy okazji poszukiwania koprowych inspiracji kulinarnych, poćwiczyłam język włoski, ponieważ właśnie na włoskich stronach można znaleźć niemal nieskończoną ilość propozycji na przygotowanie tej aromatycznej jarzyny. 
   W końcu jednak nie zdecydowałam się na żaden z przepisów. Zawsze tak jest. Jak mam za dużo do wyboru, to robię coś po swojemu. Poniżej to i owo potrzebne do mojej zapiekanki:
  • 2 bulwy kopru włoskiego,
  • 1 średniej wielkości cukinia,
  • kilkanaście pomidorków koktajlowych,
  • 2 jajka,
  • 2 czubate łyżki jogurtu greckiego,
  • tarty ser typu pecorino albo parmezan do posypania,
  • sól, kmin rzymski, zielony pieprz, zioła prowansalskie, curry,
  • oliwa, 
  • wrzątek.
   Zaczęłam od umycia kopru, odkrojenia łodyg i zdjęcia wierzchniej warstwy z jednej z bulw, trochę jak w cebuli, bo druga była tak ładna, że nie potrzebowała się "rozbierać" z wierzchniego nakrycia. Przekroiłam obie bulwy na cztery części, włożyłam do garnka i zalałam zimną wodą, tak żeby pokryła jarzynę. Po doprowadzeniu wody do wrzenia, wsypałam 2 łyżki soli, zmniejszyłam ogień i gotowałam około 7 minut. Zapach, czy to surowego, czy gotowanego kopru włoskiego, jest oszałamiający. Lekko anyżkowy. Miękką jarzynę odcedziłam i pozwoliłam jej chwilę ostygnąć. 
   W tym momencie włączyłam piekarnik i ustawiłam na 200 stopni, aby do czasu przyrządzenia reszty zdążył się nagrzać.
   Cukinię dokładnie umyłam i pokroiłam (bez obierania) na plastry. Ułożyłam je na papierowym ręczniku i posypałam solą, żeby się trochę spociły, czyli utraciły ewentualną goryczkę. Po chwili wytarłam "pot" i wrzuciłam plastry na patelnię, na rozgrzaną oliwę. Obsmażyłam je lekko, posypałam ziołami prowansalskimi i curry. Odstawiłam do ostygnięcia.
   Pomidorki wrzuciłam na chwilę do wrzątku, odcedziłam, obrałam ze skórki i przekroiłam na połówki.
   W naczyniach żaroodpornych (tych, w których potem podałam zapiekankę), posmarowanych lekko oliwą, ułożyłam plasterki kopru, na nich plasterki cukinii przełożone połówkami pomidorków. W moździerzu utarłam zielony pieprz z kminem rzymskim i taką przepięknie, intensywnie pachnącą mieszanką przyprawiłam warzywa.
   Widelcem rozbełtałam jajka z jogurtem, tak by powstała jednolita mieszanka, którą zalałam warzywa. Na koniec wystarczy posypać po wierzchu startym serem i tak przygotowaną zapiekankę, przykrytą folią aluminiową, wstawić do piekarnika. Po 20 minutach zdjęłam folię i zapiekałam jeszcze 20 minut. Podałam gorącą. Idealnie smakuje popijana białym winem...




środa, 21 marca 2012

Makaronowe muszelki z pieczarkami i gorgonzolą

   Byłam dzisiaj na przemiłym spotkaniu, podczas którego - między mnóstwem innych tematów - pojawił się motyw makaronu. Oczywiście po powrocie do domu zrobiłam przegląd lodówki i postanowiłam wykorzystać pieczarki, które zostały mi z przedwczoraj, bo było ich za dużo do zapiekanki, oraz gorgonzolę. Część sera zużyłam wczoraj do zupy brokułowo-ziemniaczanej, o której nie napiszę, bo jeszcze muszę popracować nad wydobyciem smaku brokułowego;-)
   Oto z czego składało się moje dzisiejsze danie:

  • makaron conchiglie, czyli muszelki - nie muszle do faszerowania, nie minimuszelki do zupy, tylko takie pomiędzy,
  • 2 ząbki czosnku,
  • garść pieczarek,
  • 1 łyżka masła,
  • 1 łyżka oliwy,
  • solidna szczypta ziół prowansalskich,
  • gorgonzola,
  • łyżka jogurtu greckiego,
  • natka pietruszki,
  • sól.
   Oczywiście zaczęłam od oczyszczenia pieczarek i pokrojenia ich na plasterki. Ponieważ makaron potrzebuje około 12 minut, żeby być al dente, to w tym czasie, kiedy podskakiwał we wrzącej osolonej wodzie (warto od czasu do czasu zamieszać, żeby nie przywarł do dna), przygotowałam sos. 
   Na patelni rozgrzałam masło z oliwą i czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Wrzuciłam na tę aromatyczną podstawę pieczarki, które po chwili odrobinę posoliłam i posypałam ziołami. Trzeba uważać z soleniem, bo gorgonzola jest sama w sobie słonawa i aromatyczna.
   Kiedy pieczarki się złociły, na mniejszej patelni rozpuściłam ser wymieszany z jogurtem (żeby złagodzić trochę ostrość gorgonzoli) oraz odrobiną wody z garnka, w którym gotuje się makaron, żeby sos nie był za gęsty i przez to ciężki.
   Makaron po odsączeniu wrócił do garnka, do którego powędrowały pieczarki oraz sos gorgozolowy i oczywiście natka pietruszki, którą uwielbiam w tym połączeniu. Poza tym listki pietruszki zawierają całe mnóstwo minerałów i witamin oraz doskonale wpływają na trawienie i przemianę materii. Więcej o tej zdrowej zieleninie można poczytać na http://www.swiat-zdrowia.pl/artykul/natka-pietruszki-witaminy-dieta. 
   Chyba muszę wyciągnąć aparat fotograficzny, bo zdjęcia z telefonu komórkowego jednak nie oddają pyszności potrawy...
   Przepis bierze udział w akcjach:


   Seromaniacy

niedziela, 18 marca 2012

Delikatne naleśniki na podwieczorek

   Od czasu do czasu nachodzi mnie chęć na naleśniki. Tym razem były z serem i rodzynkami, ale przecież naleśniki można jeść niemal ze wszystkim - na słodko i na słono. Bardzo lubię z musem z bananów, posypane pokrojonymi drobno suszonymi daktylami i płatkami migdałów. Albo z powidłami śliwkowymi, albo z greckim jogurtem i malinami czy truskawkami... Ale na owoce trzeba jeszcze trochę poczekać.
   Przepis na ciasto jest prosty. Żeby zrobić stos, czyli kilkanaście naleśników, potrzebuję:

  • 2,5 szklanki mąki,
  • 1 szklankę mleka,
  • około 0,5 szklanki wody mineralnej,
  • 4 jajka,
  • szczyptę cukru trzcinowego i szczyptę soli,
  • 1 łyżkę oliwy.

   W specjalnie do tego celu przeznaczonej głębokiej misce ubijam mikserem jajka z mlekiem i odrobiną soli. Cały czas mieszając, dodaję sukcesywnie mąkę i szczyptę cukru. Mała dygresja: w porównaniu do zwyczajnego białego cukru, cukier trzcinowy cechuje się zawartością składników odżywczych takich jak żelazo, wapń, fosfor, potas i magnez, zawiera także witaminy obecne w trzcinie cukrowej. 
   W momencie, kiedy ciasto robi się zbyt gęste zaczynam dolewać wodę. Staram się uzyskać lejącą konstencję. Na koniec dodaję łyżkę oliwy i delikatnie mieszam. Przykrywam miskę ściereczką i odstawiam ciasto na około półgodziny. Moja mama mówi, że ciasto musi odpocząć przed smażeniem.
   Dzięki dodanej do ciasta łyżce oliwy nie muszę natłuszczać patelni (smażę na teflonowej "naleśnikowej"). Staram się, żeby były cieniutkie, bo wtedy jakoś tak lepiej smakują:-)
  Tym razem była wersja z serem, zatem potrzebowałam:

  • 1 opakowanie półtłustego twarogu,
  • 0,5 opakowania serka typu mascarpone,
  • 1 żółtko,
  • cukier trzcinowy, 
  • garść rodzynek.

Rodzynki namaczam w przegotowanej ciepłej wodzie, odsączam po około 5 minutach. Rozgniatam twarożek, mieszam go z mascarpone, żółtkiem i cukrem (dodaję na wyczucie) na spójną masę. Na koniec dodaję rodzynki. Taką mieszanką smaruję naleśniki, zwijam w rulonik i na małym ogniu, pod przykryciem, odsmażam przez ok. 10 minut. Na koniec pozwalam się im trochę zarumienić. Podaję posypane cukrem pudrem z cynamonem. Można je jeszcze wzbogacić plasterkiem pomarańczy i kleksem z bitej śmietany;-)

środa, 14 marca 2012

Ciasteczka "orzechowe oczka" na bazie frigolotti

   Frigolotti to ciasteczka pochodzące z północnych Włoch, z Trentino. Włosi pieką je na Wielkanoc, a podobno szczególnie za nimi przepadają Rzymianie. Przepis znalazłam wśród wycinków sprzed lat i stwierdziłam, że wypróbuję go przed świętami. Uznałam, że jak ciasteczka się udadzą i będą smakować mojej rodzinie, to powtórzę je za miesiąc, dodając do wielkanocnych przysmaków ten bardzo włoski akcent;-)
   Ponieważ moja niepokorna dusza buntuje się przed trzymaniem się ściśle przepisu, to poniżej wariacja na temat frigolotti. Żeby nie było, że nie są takie same jak włoskie, to nazwałam je "orzechowe oczka". Z ciekawostek - orzechy laskowe zawierają mnóstwo witaminy B6, która bierze udział w produkcji serotoniny, czyli naturalnego rozweselacza.
   Do zrobienia ciasteczek potrzebujemy:

  • 250 g mąki pszennej,
  • 175 g masła,
  • 70 g cukru (w oryginalnym przepisie jest 150 g, ale według mnie to byłoby zbyt dużo),
  • 200 g zmielonych migdałów,
  • 1 jajko,
  • 1 g drożdży w proszku,
  • 1 aromat waniliowy,
  • skórka otarta z jednej pomarańczy i jednej cytryny (w oryginale z 2 cytryn),
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady startej na grubej tarce (w oryginale 100 g płatków ciemnej czekolady),
  • 35 sztuk orzechów laskowych,
  • cukier puder do posypania.
   Najpierw włączyłam piekarnik, żeby nagrzał się do 200 stopni.
   Szerokim nożem posiekałam masło z mąką. Gdy powstała kaszka, dodałam pozostałe składniki z wyjątkiem orzechów laskowych, bo one są do ozdoby ciasteczek. Wyrobiłam dokładnie ciasto. Uformowałam kuleczki, które ułożyłam na blasze wyłożonej folią aluminiową. Każdą kulkę lekko spłaszczyłam i pośrodku wetknęłam orzech laskowy. Wyszło mi 35 ciasteczek.
   Piekłam je 10 minut w temperaturze 200 stopni, następnie zmniejszyłam temperaturę do 180 stopni i piekłam jeszcze około 15 minut.
   Jak lekko ostygły, to przełożyłam je na talerz i posypałam obficie cukrem pudrem.
   Z pewnością zrobię je jeszcze nie jeden raz. Wcale się nie dziwię, że Rzymianie za nimi przepadają...

Ps. Dzień później - ciasteczka zniknęły, więc dzisiaj piekłam po raz drugi. Zrobiłam mniejsze, więc wyszło 56:-)


niedziela, 11 marca 2012

Pasztet z soczewicy improwizowany

  Przepisów na pasztet z soczewicy jest wiele. Ja, niestety albo "stety", rzadko postępuję z aptekarską dokładnością przy gotowaniu. Wręcz przeciwnie, każda potrawa jest poddawana modyfikacjom, co oznacza, że za każdym razem smakuje i wygląda trochę inaczej:-) Zdjęcia też powstają, jak sobie przypomnę, że może warto dołożyć przepis na bloga. Wtedy łapię telefon komórkowy i pstryk.
   Na dostępne w książkach i w sieci przepisy zerknęłam i zrobiłam pasztet... po swojemu. Wiem, że następnym razem trochę bardziej go przyprawię, bo wyszedł zdecydowanie zbyt łagodny. 
   A zrobiłam go tak, że przede wszystkim sprawdziłam, co mam dostępne od ręki, bo wpadłam na pomysł wczoraj po południu w ramach odpowiedzi na zadane sobie samej pytanie -  "Może by zrobić coś, co urozmaici nasze niedzielne śniadanie?"
   Przyznam się, że to mój "pasztetowy" debiut.
  • puszka soczewicy 400 g, po odlaniu 240 g (zawsze w spiżarce mam zapas - albo zapuszkowany, albo w ziarnie),
  • 1 cebula,
  • 2 ząbki czosnku (następnym razem będą 3),
  • 1 łyżeczka albo trochę więcej przyprawy garam masala (więcej o przyprawach z kuchni indyjskiej na: http://kuchniaindyjska.indianfoodsite.com/przyprawy_indyjskie.htm),
  • solidne pół łyżeczki kolendry i zdecydowane pół łyżeczki zielonego pieprzu - utarte w moździerzu,
  • 2 łyżki mleka,
  • 1 jajko,
  • garść natki pietruszki,
  • sól,
  • cukier trzcinowy,
  • 1-2 łyżki bułki tartej,
  • oliwa.
   Zaczynam od włączenia piekarnika, żeby w czasie gdy będę przygotowywać pasztet, zagrzał się do 200 stopni. 
   Kolejny krok to siekanie cebuli. Żeby nie zalewać się łzami, kroję ją w pobliżu kuchenki gazowej, na której zapalam największy palnik. Olejki eteryczne zawarte w cebuli ulatniają się chyba pod wpływem ciepła, bo łez ani śladu. 
   Posiekana drobno cebula, posypana odrobiną soli i cukru trzcinowego, wędruje na patelnię na rozgrzaną oliwę. Po chwili dodaję do niej czosnek przeciśnięty przez praskę i przyprawy - garam masalę, kolendrę i pieprz. Po chwili dorzucam do tego odsączoną soczewicę. Mieszam i przez moment podgrzewam. 
   Całość przekładam do miski. Dodaję mleko oraz jajko i blenderem rozdrabniam, ale nie za bardzo, bo nie chcę mieć zbyt gładkiej masy. Lubię, kiedy są wyczuwalne kawałki. Teraz czas na wrzucenie posiekanej drobno natki pietruszki i bułki tartej. Bułki nie za dużo, żeby masa nie zrobiła się zbyt gęsta. To już mieszam łyżką. Sprawdzam, czy jeszcze nie dodać tego i owego. I tu jest moment na "zaostrzenie", który tym razem ominęłam, oszczędnie gospodarując pieprzem i solą.
   Formę do keksu smaruję oliwą i obsypuję pozostałą bułką tartą. Wkładam masę. Im mniejsza forma, tym wyższy pasztet. Przykrywam folią aluminiową i piekę pod przykryciem około 25 minut. Po zdjęciu folii piekę jeszcze przez około 20 minut. Sprawdzam drewnianym patyczkiem (tak jak ciasto), czy pasztet jest gotowy. Patyczek powinien być suchy. 
   Po upieczeniu, do czasu wystygnięcia, zostawiam pasztet w foremce. Potem przekładam go na talerz i schładzam w lodówce. 

środa, 7 marca 2012

Makaroni krewetkowo-brokułowe

   Tak, zgadza się, znowu makaron;-) No co ja poradzę na to, że tak lubię wszelkie włoskie "pasty". A tę wyjątkowo. Papardelle szerokie na 8 mm - "la vera tagliatella Bolognese". Wyroby Granarolo mogę jeść nawet bez dodatków. Ale jeśli chodzi o dodatki, to wczorajsze wynikały z zawartości lodówki i szafek;-) Czyli:

  • krewetki tygrysie,
  • brokuły,
  • pomidorki koktajlowe,
  • około 2,5 cm świeżego imbiru,
  • 2 ząbki czosnku,
  • szczypta suszonej peperoncino,
  • sól,
  • 1 łyżka masła,
  • 1 łyżka pesto,
  • jogurt grecki,
  • 2 łyżki startego żółtego sera (np. francuski dość ostry "Comte"),
  • pół szklanki białego wytrawnego wina,
  • sok z cytryny.

    Krewetki po rozmrożeniu i umyciu, polewam sokiem z cytryny, żeby się lekko zakwasiły. Korzystam ze wcześniej ugotowanych, tygrysich, paczka 250 g. 
    Na głębokiej patelni rozgrzewam masło, do którego dodaję drobno starty imbir i czosnek przeciśnięty przez praskę. Na to wrzucam krewetki. Chwilę je podsmażam, czy raczej podduszam, żeby masło się nie przypaliło. Podzielone na maleńkie różyczki brokuły wcześniej obgotowuję na parze. Takie jeszcze nie całkiem miękkie dorzucam do krewetek i dodaję garść pomidorków koktajlowych, delikatnie naciętych. Jeśli nie natnie się skórki, to potem w trakcie jedzenia można być pewnym pomidorowego prysznica:-)
    Wszystko solę, posypuję peperoncino i zalewam winem. Po chwili, gdy płyn wyparuje, zdejmuję patelnię z ognia, dodaję jogurt grecki i pesto. Mieszam, lekko rozgniatając niektóre brokuły. Na koniec dosypuję ser, żeby sos się zagęścił.
     Odlany i odsączony makaron wędruje z powrotem do garnka, a do niego dołącza mieszanka krewetkowo-brokułowa. Imbir i ser nadały jej trochę ostrości, brokuły delikatności, a pomidorki koloru:-) Idealny improwizowany mix...

sobota, 3 marca 2012

Zupa porowa marchwianka

   Dzisiaj mój organizm miał ochotę na pora i marchew. A ja go słucham, bo jak czegoś chce, to znaczy, że wie:-) 
   Por, poza tym, że jest źródłem tego i owego pozytywnego dla zdrowia, to obniża poziom złego cholesterolu. Może moje ostatnie objadanie się czekoladą mam zrównoważyć porem? 
   Marchew dostarcza ważnych związków mineralnych, takich jak wapń, żelazo, fosfor, miedź, cynk, molibden (pierwszy raz zobaczyłam taką nazwę, więc poszukałam, co to jest: http://www.mineraly.biz/molibden.htm), magnez, jod oraz potas, dzięki którym mamy jędrne ciało, piękną cerę i karnację skóry, zdrowe i mocne włosy oraz paznokcie. Po zimie skóra wymaga trochę uwagi, a to przesuszona od ogrzewania, a to ciągle ukryta pod grubą warstwą ubrań, a to słońca ma za mało. Zatem słoneczna marchewka ma jej pomóc.
   Żeby zrobić porową marchwiankę, potrzebuję:

  • oczywiście sporego pora, głównie jego białą część, ale i trochę zielonej. Zielone części pora często traktuje się jako bezwartościowe i niesmaczne, a okazuje się, że niesłusznie. Zawierają wiele cennych składników odżywczych!
  • kilka średniej wielkości marchewek,
  • 2 ząbki czosnku,
  • oliwę,
  • 1 łyżkę masła,
  • pół szklanki białego wina (może być nawet półwytrawne),
  • gotowaną gorącą wodę,
  • kilka ziarenek kolendry,
  • kilka ziarenek zielonego pieprzu,
  • pół łyżeczki imbiru i pół łyżeczki kurkumy,
  • odrobina suszonej peperoncino,
  • 2 ziarenka ziela angielskiego,
  • 1 liść laurowy,
  • sól,
  • sos sojowy,
  • uprażone na suchej patelni ziarenka słonecznika i dyni.
  Zaczynam od pokrojenia pora. Nie. Wróć. Oczywiście zaczynam od umycia pora:-) Potem go kroję w cienkie plasterki. Uwielbiam ten zapach. Aż szczypie! Marchewkę obieram, opłukuję, kroję też w cienkie plasterki. Do garnka wlewam odrobinę oliwy i dodaję masło. Jak się roztopi, to wrzucam pora + czosnek przeciśnięty przez praskę. Smażę przez chwilę. Odrobinę solę. Dla pewności używam soli gruboziarnistej;-) Dodaję marchewkę. Jeszcze przez chwilę podsmażam. Wlewam gorącą wodę, tylko tyle, żeby zakryła warzywa. Dolewam wino. Całość ma uroczą biało-zielono-pomarańczową barwę. W moździerzu ucieram kolendrę, zielony pieprz i peperoncino. Wrzucam mieszankę + imbir i kurkumę oraz liść laurowy i ziele angielskie (w całości) do zupy. Jak wywar trochę się pogotuje, to zaczynam smakować. Lubię, jak porowa marchwianka jest lekko ostra, ale też słono-słodka. I to jest zazwyczaj moment na dodanie sosu sojowego. Gotuję do czasu, aż marchewka będzie miękka. Wyjmuję część warzyw z garnka. Resztę miksuję, ale że nie przepadam za całkiem kremowymi zupami (w końcu mam jeszcze zęby, to lubię ich używać;-)), to nie wszystko staje się papką. Dorzucam pozostałe niezmiksowane warzywa i już:-) Podaję z uprażonymi pestkami słonecznika i dyni.