Google Website Translator Gadget

środa, 29 lutego 2012

Szerokie wstążki z cukinią i nie tylko

   Dzisiaj wieczór improwizacji na temat dodatków do makaronu. Z premedytacją nie piszę "tagliatelle", bo przecież mogę napisać swojsko "szerokie wstążki" i na to samo wychodzi. Pomimo mojej fascynacji Włochami, językiem włoskim i wszelką "włoszczyzną", staram się dbać o czystość języka polskiego, zatem jak mogę, to spolszczam;-)
    Do szerokich wstążek proponuję cukinię, bo nie dość, że jest pięknie zielona, zawiera minerały, witaminy, karoten, itd., itp., to jeszcze jest lekkostrawna i ma cudowny wpływ na procesy trawienia. Posiada właściwości odkwaszające, więc jak znalazł dla cierpiących na zgagę. Co jeszcze? Suszone pomidory. Okazuje się, że suszenie może zwiększać właściwości lecznicze pomidorów. Poddane obróbce mają działanie przeciwnowotworowe. Wyglądają poza tym zabawnie, takie pomarszczone, ale w pięknym głęboko pomidorowym kolorze... I co jeszcze? Kapary, bo niwelują wzdęcia, mają właściwości antyreumatyczne i poprawiają funkcjonowanie wątroby. Na zdjęcie się żaden nie załapał, ale był. Czułam jego specyficzny smaczek:-)
   
Lista produktów:

  • makaron szerokie wstążki - ja, wierna włoskim makaronom, dzisiaj ugotowałam tagliatelle "Pasta all'uovo Granarolo Bologna":-)
  • jedna cukinia,
  • kilka suszonych pomidorów z zalewy,
  • łyżka marynowanych kaparów,
  • ząbek czosnku,
  • łyżka drobno startego parmezanu,
  • sól, imbir, zioła prowansalskie, słodka papryka,
  • oliwa.

   Podczas, gdy makaron gotuje się na wrzącej osolonej wodzie, podsmażam na oliwie cukinię, którą wcześniej przekroiłam wzdłuż na pół, posoliłam, poczekałam aż się "spoci", opłukałam, osuszyłam i pokroiłam w półtalarki:-) Dorzucam na patelnię wyciśnięty ząbek czosnku, obsypuję całość solą, ziołami prowansalskimi, odrobiną imbiru (nie za dużo, bo cukinia zrobi się gorzka, brrr...), odrobiną słodkiej papryki. Gdy wszystko się podsmaży złotawo, dokładam pokrojone w paski suszone pomidory i kapary. Jeszcze chwilę całość podgrzewam. Obróbka trwa krótko, zaledwie tyle ile potrzeba na ugotowanie makaronu. Cukinia musi być lekko sprężysta, bo inaczej robi się z niej... hmmm... flak. Odlewam makaron. Odsączony z wody wrzucam do garnka, w którym się gotował. Dodaję zawartość patelni i dokładnie mieszam. Porcja wędruje na talerz. Wystarczy posypać parmezanem i jeść:-)  

wtorek, 28 lutego 2012

Sałatka śledziowo-fasolowa

   O śledziu nie muszę pisać, bo co to za ryba wie każdy. Z deserów najbardziej lubię śledzia;-) Pod każdą postacią... Ostatnio zagotowałam za dużo ziemniaków do tradycyjnej sałatki jarzynowej, więc z tych, które zostały zrobiłam sałatkę śledziowo-fasolową. 
   Fasola jest polecana dla osób, które nie jedzą mięsa, bo jest źródłem białka, którego ponoć ma więcej niż mięso, choć nie tak bogatego w aminokwasy. Czerwona fasola, bo taką dodaję do tej sałatki, jest ponadto bogata w potas, wapń, miedź, żelazo, kwas foliowy, selen, cynk. Jest także źródłem witamin z grupy B, działających antydepresyjnie oraz wspomagających pamięć i logiczne myślenie. No i zawiera błonnik, który pomaga usuwać z organizmu nadmiar cholesterolu.
   
   Zatem bierzemy:
  • 2 lub 3 płaty marynowanego śledzia
  • 2 średnie ziemniaki wcześniej ugotowane w łupinie
  • małą puszkę czerwonej fasoli 215 g
  • kilka mini korniszonków
  • pół obranego ze skórki jabłka
  • pół czerwonej cebuli
  • 1 łyżeczkę musztardy sarepskiej
  • 1 łyżkę majonezu
  • 1 łyżkę jogurtu greckiego
   Śledzia kroję na niewielkie kawałki, ziemniaki i jabłko w drobną kostkę, korniszony w słupki, cebulę siekam drobno. Wrzucam wszystko do miski i dorzucam czerwoną fasolę, którą wcześniej przepłukuję chłodną przegotowaną wodą, bo nie lubię osadu, który ma po wyjęciu z puszki. Mieszam w kubku majonez, jogurt, musztardę i taki dressing dodaję do miski. Całość dokładnie, ale delikatnie łączę. Nie solę, bo zarówno śledzie, jak i korniszony oraz majonez z musztardą zawierają wystarczająco dużo soli.
   Odstawiam na godzinę do lodówki i gotowe.

sobota, 25 lutego 2012

Zupa z bobu zwana "bóbjanką"

  Najsmaczniejszy jest oczywiście świeży bób, ale o tej porze roku trudno o taki. Wybieram więc mrożonkę, która ma tylko odrobinę mniej wartości odżywczych od młodego, wakacyjnego bobu. Ta sycąca roślina strączkowa zawiera dużą ilość wartościowego białka, błonnika, węglowodanów, a także tłuszczów, witamin z grupy B i składników mineralnych. Bób jest także źródłem witaminy C i prowitamniny A. Warto jeść go ze skórką, ponieważ łupiny zawierają substancję ułatwiającą trawienie, ale jakoś nie mogę się przekonać. Poza tym lubię obierać bób.
   A oto co jest potrzebne do zupy zwanej przeze mnie "bóbjanką":

  • paczka mrożonego bobu 450 g
  • średnia marchewka
  • dwa nieduże ziemniaki
  • czerwona cebula
  • ząbek czosnku
  • czubata łyżka posiekanej świeżej mięty
  • wrzątek
  • łyżka oliwy
  • sól, liść laurowy, 2 ziarnka ziela angielskiego, kilka ziarenek zielonego pieprzu, kolendry i kminku, odrobina imbiru

   W garnku, w którym będę gotować zupę, przez około 3 minuty podsmażam na oliwie pokrojoną w kosteczkę cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek. Dorzucam pokrojoną na cienkie półplasterki marchewkę i ziemniaki pokrojone w drobną kostkę. Podduszam wszystko przez około 5 minut. Wrzucam bób i całość zalewam taką ilością wrzątku, żeby warzywa były ledwie przykryte. Dodaję sól do smaku, liść laurowy, 2 ziarnka ziela angielskiego, utartą w moździerzu mieszankę zielonego pieprzu, kolendry i kminku, a na koniec odrobinę imbiru. Zupa gotuje się pod przykryciem, na małym ogniu, przez około 10 minut, bo mniej więcej tyle potrzeba, żeby ziemniaki i bób były miękkie. 
   Wyciągam warzywa z wywaru dużym sitkiem i... zaczyna się zabawa. Marchewkę i ziemniaki wrzucam z powrotem do garnka, a bób łuskam ze skórki. Oczywiście, obierając go, podjadam, bo nie mogę się oprzeć:-) Kilka ziaren wrzucam do garnka, resztę miksuję w osobnym naczyniu. Masę bobową przekładam do reszty wywaru. Nie miksuję wszystkiego, bo to nie jest papka-krem dla niemowlaka. Do ugotowanej zupy wrzucam miętę. Mmm... co za zapach. Co za smak:-)

piątek, 24 lutego 2012

Cieciorkowe leczo

   Cieciorka, nazywana także ciecierzycą czy grochem włoskim, była mi kompletnie nieznana do czasu, kiedy niespełna rok temu natknęłam się na nią w sklepie ze zdrową żywnością. Kupiłam puszkowaną i zagościła w moim domu na stałe.
   Okazuje się, że cieciorka była powszechnie stosowana w kuchni staropolskiej. Z czasem stała się niestety mniej popularna. Mam nadzieję, że pewnego dnia znowu będzie częścią naszej kuchni, bo rzeczywiście warto po nią sięgnąć. Cieciorka zawiera 25% łatwo przyswajalnego białka, więc może z powodzeniem zastępować mięso. Jest bogata w fosfor, potas, większość witamin z grupy B oraz błonnik. Żelaza zawiera więcej niż inne rośliny strączkowe. Potrawy z cieciorki wzmacniają odporność organizmu, poprawiają stan włosów i skóry, a także pozwalają obniżyć poziom cholesterolu we krwi.
   Surową ciecierzycę należy wcześniej moczyć w zimnej wodzie przez około 12 godzin (najlepiej zostawić na noc), odcedzić, opłukać, zalać świeżą wodą i wtedy ugotować do miękkości. Puszkowana jest gotowa do użycia od zaraz:-) Można ją stosować do sałatek, dań warzywnych czy jako dodatek do kaszki kuskus albo makaronu. Można z niej robić kotlety, zupy, pasty. Przepisów jest mnóstwo. 
   A oto mój na cieciorkowe leczo:

  • 1 puszka cieciorki (400 g)
  • 1 puszka (400 g) całych pomidorów pelati bez skórki, pasteryzowanych albo 3 świeże mięsiste bardzo pomidorowe pomidory bez skórki, o które o tej porze roku trudno...
  • 1 cukinia średniej wielkości
  • 1 papryka czerwona
  • 6-8 średnich pieczarek
  • 1 cebula czerwona 
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżka masła
  • oliwa
  • sól, zioła prowansalskie, curry, zielony pieprz w ziarnkach, kolendra w ziarnkach, peperoncino suszona, kminek cały, cukier trzciowy

  Pierwsza czynność, pomijając oczywiście mycie warzyw, którą wykonuję, to przekrojenie cukinii wzdłuż na pół i posypanie jej solą. Ostawiam ją na czas przygotowania pozostałych składników, żeby się "spociła" i dzięki temu straciła ewentualną goryczkę. Cukinia sobie leży i czeka, a ja obieram pieczarki ze skórki, myję je i osuszam dokładnie, a następnie kroję na ćwiartki, albo jeśli mam większe pieczarki, to na bliżej nieokreślone mniejsze kawałki.
  Paprykę obieram ze skórki (która jest niestety ciężkostrawna) i kroję na niewielkie kawałki. Przy obieraniu jest trochę zabawy, ale zapach i kolor rekompensują wysiłek:-) Cebulę drobno siekam. Pomidory kroję na kawałki i posypuję odrobiną cukru trzcinowego. Obmywam cukinię, osuszam i kroję połówki ponownie wzdłuż na pół, a następnie na plasterki.
   Przygotowuję garnek, w którym będzie dusiło się moje cieciorkowe leczo. Nalewam na dno trochę oliwy i duszę na niej cebulkę. W tym samym czasie na patelni podsmażam na odrobinie oliwy paprykę. Niezbyt długo, żeby zachowała jędrność i kolor. Wrzucam ją do garnka do cebulki. Następnie na tej samej patelni podsmażam cukinię. Posypuję ją solą, ziołami prowansalskimi oraz odrobiną curry. Przerzucam do garnka w momencie, kiedy jest lekko podrumieniona. Na patelnię daję masło i podsmażam na nim pieczarki. Pod koniec smażenia pieczarki solę i dodaję czosnek przeciśnięty przez praskę. Wrzucam je oczywiście do garnka do reszty warzyw. I na tym koniec smażenia.
   Teraz do garnka wędrują pokrojone pomidory wraz z sosem oraz cieciorka.
   W moździerzu mieszam i ucieram kilka ziarenek zielonego pieprzu, kolendry oraz odrobinę suszonej papryczki peperonino, która nada potrawie ostrość. Wrzucam przyprawy do garnka. Lepiej peperoncino dać mniej i po spróbowaniu potrawy ewentualnie jeszcze trochę dorzucić, niż przesadzić z ostrością... Na koniec wrzucam także kilka ziaren kminku, który dodaje specyficznego posmaku, a ponadto ułatwia trawienie. 
   Cieciorkowe leczo jem przegryzając chlebem pełnoziarnistym.



Przepis bierze udział w akcji kulinarnej na portalu Durszlak.pl: Warzywa strączkowe:-)

środa, 22 lutego 2012

Ciasteczka na ratunek

   Niespodziewani goście?! Ups! Pudełko z kokosankami puste! A do kawy, czy raczej mleka z kawą, coś by się przydało;-)



  • Ciasto francuskie świeże w lodówce - jest:-)
  • Puszka brzoskwiń w syropie - jest:-)
  • Ziarenka sezamu ciemnego i jasnego - są!
  • Żółtko jedno, rozbełtane widelcem - jest.
   Podczas, gdy piekarnik nagrzewa się do 200 stopni, kroję plastry ciasta francuskiego na niewielkie kwadraty. Na środku każdego z nich kładę kawałki brzoskwini. Sklejam przeciwległe końcówki kwadratowych plasterków. Smaruję żółtkiem i posypuję sezamem. 
   Ciasteczka wędrują na 15 minut do piekarnika. 
   Najlepiej smakują ciepłe.


poniedziałek, 20 lutego 2012

Ekspresowa sałatka tuńczykowa

   Pozytywna wiadomość na początek - jedzenie ryb spowalnia proces zanikania komórek mózgowych oraz obniża poziom cholesterolu we krwi.  
   Wybrany na dzisiaj tuńczyk zawiera duże ilości witaminy D i A, co korzystnie wpływa na stan kości i wzrok. To wyjątkowo smaczna ryba, bogata w tran – tłuszcz rybi – źródło kwasu Omega 3. Czytałam o tym, że tuńczyk, podobnie jak rekin, miecznik, marlin, halibut czy szczupak, może zawierać rtęć. Nie ma jednak najmniejszej szansy, żeby ryba, którą spożywamy, miała w sobie więcej rtęci niż pozwala na to odpowiednie rozporządzenie Komisji Unii Europejskiej. Nie należy zatem rezygnować z jedzenia ryb, ale po tuńczyka, czy to z puszki czy świeżego, sięgajmy raczej nie częściej niż 1 – 2 razy w miesiącu. 
   W zależności od tego co mam pod ręką, do sałatki z tuńczyka mogą zawędrować, czy może powinnam napisać - zanurkować, następujące składniki:

  • oczywiście główny bohater - tuńczyk, duże kawałki w sosie własnym - prezentują się i smakują lepiej niż rozdrobniona ryba...
  • kukurydza - cudownie, gdy jest świeża, ale jak nie ma, to z puszki też się nada; ma trochę inny smak, ale tak czy siak kolor żółty orzeźwia całość kompozycji,
  • pomidory bez skórki i pesteczek - im bardziej dojrzałe, tym lepiej, bo mamy wówczas element czerwony; ja tym razem miałam "bladziaki" o smaku bez smaku, ale cóż, taka pora:-(
  • mini korniszonki,
  • awokado,
  • szczypiorek,
  • natka pietruszki,
  • majonez.

   Tuńczyk, kukurydza, pokrojone - pomidory i awokado w kostkę, ogóreczki w talarki oraz posiekana natka pietruszki i szczypiorek wędrują do miski. Dodaję trochę majonezu, ale nie za dużo, mieszam i jem:-) Można posolić i dodać pieprzu, ale to sprawa indywidualna. Ja lubię bez żadnych dodatków.
   Prawda, że ekspresowe tempo?



niedziela, 19 lutego 2012

Zapiekanka z żelaza i chlorofilu, czyli szpinakowe danie

   Mógł być człowiek z żelaza, to może i być zapiekanka;-) 




   Głównymi bohaterami mojej dzisiejszej potrawy są ziemniaki i szpinak, a szpinak, jak powszechnie wiadomo, zawiera duże ilości żelaza, które nasz organizm przyswaja bez problemu. Ponadto szpinak to źródło witamin i soli mineralnych, a zwłaszcza chlorofilu - stąd ta piękna zieleń, ale nie chodzi tylko o kolor. Nie miałam pojęcia, że chlorofil ma ogromnie pozytywny wpływ na organizm człowieka, dopóki nie trafiłam na stronę: Jak walczyć z rakiem. Polecam! W szpinaku znajdują się także dwa silnie działające przeciwutleniacze - luteina i beta karoten.
   Ziemniaki też są niezwykle ważne w diecie, bo nie tylko są lekkostrawne, a zawarte w nich związki są łatwo przyswajalne, ale zawierają więcej witaminy C niż jabłko. Ponadto są w nich witaminy A, B1, B2, B3, B6 i PP. Mają  też sporo potasu, który obniża ciśnienie krwi oraz magnez, który poprawia przemianę materii, łagodzi stany zmęczenia i stres. Bulwy ziemniaka zawierają błonnik, który ułatwia trawienie, pomaga w walce z nadwagą (to akurat nie dla mnie, bo ciągle pracuję na masę) i obniża poziom cholesterolu. 
   
   Przygotowanie zapiekanki zaczynam od obrania ziemniaków, pokrojenia ich na plasterki i umycia. Potem blanszuję je przez chwilę, żeby nie musiały być zbyt długo w piekarniku, który w między czasie nagrzewa się do 180 stopni:-). Rozmrażam szpinak - liście. Duszę na maśle, doprawiam solą, pieprzem, czosnkiem i odrobiną jogurtu greckiego. Na osobnej patelni, także na maśle z czosnkiem, podsmażam pieczarki pokrojone w cienkie plasterki. Również je solę. W miseczce mieszam jajko, startą mozzarellę i łyżkę jogurtu greckiego.
   W naczyniu żaroodpornym, posmarowanym lekko oliwą, układam warstwę ziemniaków posypanych solą, ziołami prowansalskimi i słodką papryką, szpinak, pieczarki, polewam mieszaniną jajka, sera i jogurtu. Na wierzch kładę warstwę ziemniaków, które także posypuję solą, ziołami prowansalskimi i słodką papryką. Smaruję to mieszaniną jajkową, a na wierzch sypię drobno starty parmezan.
   Piekę 20 minut pod przykryciem, a następnie 10 minut bez, żeby zapiekanka trochę się przyrumieniła.

sobota, 18 lutego 2012

Pulpety z gruszki miłosnej

   "Gruszka miłosna" to jedna z kilku nazw bakłażana, o którym mówi się, że jest afrodyzjakiem. Inne określenia to oberżyna, jajko krzewiaste. Nazwa botaniczna - psianka podłużna - akurat nie należy do moich faworytów.
   We Włoszech pulpety z bakłażana były uważane za danie dla biedaków, których nie stać na przygotowanie mięsnego dodatku do makaronu. W Polsce bakłażany nie są najtańsze, więc raczej nie nazwę "polpetti di melanzane" - pulpetami nędzarzy, ale właśnie "pulpetami z gruszki miłosnej". Co ważne, pulpety te stanowią dokonały zamiennik dla tradycyjnego spaghetti bolognese, szczególnie dla osób niejedzących mięsa. 
   Bakłażany zawierają dużo soli mineralnych, zwłaszcza fosforu, żelaza i wapnia, a także bardzo dużo potasu. Obniżają poziom cholesterolu we krwi. Są też bogate w błonnik, którego mają o wiele więcej niż jabłka lub brzoskwinie. Ponadto znajdziemy w nich witaminę C, A i B2. Poza tym mają przepiękny kolor i fantastyczny smak.
   
   W tym przepisie nie kieruję się ścisłymi wskazówkami, bo ilości składników zależą od wielkości bakłażana. Załóżmy, że mam dwa średniej wielkości bakłażany...:
  • ...które po umyciu przekrawam wzdłuż na pół, nacieram oliwą, solą i pieprzem. Tak przygotowane wkładam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piekę około 30 - 40 minut. Następnie studzę, obieram ze skórki, odciskam nadmiar płynu i drobno siekam.
  • Wrzucam posiekane bakłażany do miski i dodaję 3 ząbki czosnku (wcześniej zmiażdżone lub drobno posiekane, jak kto woli), sól, pieprz, startą gałkę muszkatołową, 1 łyżeczkę świeżego drobno posiekanego oregano i 2 łyżeczki świeżej drobno posiekanej mięty, 2 żółtka, starty ser pecorino (albo parmezan) oraz bułkę tartą.
  • Bułki tartej i sera musi być tyle, żeby masa po dokładnym wymieszaniu dała się skleić w pulpeciki.
  • Wyrabiam z masy niewielkie kulki, które obsmażam na oliwie. Niezbyt długo, bo jedynie chodzi o to, żeby nabrały złotego koloru, a dodane do nich żółtko się ścięło.
  • Gotowe pulpety wrzucam do sosu pomidorowego. We wczorajszej wersji do sosu dodałam jeszcze pieczarki podsmażone na maśle z czosnkiem.
   Tradycyjnie"Polpetti di melanzane" podaje się z długim makaronem typu spaghetti, ale ja wolę riccioli, bo zabawniej wyglądają na talerzu:-)


czwartek, 16 lutego 2012

Tiramisù, czyli sposób na lekki Tłusty Czwartek

   Postanowiłam w ramach deseru na Tłusty Czwartek, zamiast faworków czy pączków, tak trochę przewrotnie, zrobić tiramisù. Pączki mają to do siebie, że po ich zjedzeniu mam wrażenie przytłoczenia i ospałości. Faworki wciągają, przysładzają, choć można ich zjeść stosy, to ciągle jest mało.
   Natomiast tiramisù działa - jak sama nazwa wskazuje - pobudzająco. Podrywa do działania. Jest lekkie, ale na tyle sycące, że jedna porcja wystarczy, by czuć się wspaniale. No i czekolada, która poprawia humor, gdy dopadnie  chandra. Czytałam, że czekolada - szczególnie gorzka - jest dobra na kaszel, nadciśnienie, brak energii, kiepską pamięć i brak koncentracji. 
   
   Przepis na tiramisù dostałam od mojej pierwszej nauczycielki języka włoskiego - Ewy. Ona miała go z czasów zamieszkiwania we Włoszech, od swojej sąsiadki - starej Włoszki, która odziedziczyła przepis po swojej matce. Oczywiście dokonałam pewnych modyfikacji, bo skoro mogę zetrzeć czekoladę w mikserze, to po co mam się męczyć kozikiem-nożykiem babuni, żeby ją zestrugać;-)
   


   Potrzebujemy:

  • 4 żółtka
  • 3 białka + szczypta soli, żeby się lepiej ubiły na pianę
  • 4 płaskie łyżki cukru pudru
  • 150 g gorzkiej czekolady (ok. 1 i 1/2 tabliczki)
  • 500 g serka mascarpone
  • biszkopty w kształcie kości - używam włoskich "Montebovi Savoiardi", paczka waży 400 g, podzielona jest na 4 "minipaczki", z których wykorzystuję 3
  • mocna kawa - najlepiej zaparzona w kawiarce Moka - około 2/3 litra
  • amaretto, jeśli ktoś lubi jeszcze bardziej pobudzające tiramisù

   Najpierw parzę kawę, bo musi wystygnąć zanim zacznę w niej moczyć biszkopty. Uwielbiam zapach kawy w domu... Zazwyczaj parzę więcej, bo przy okazji wypijam filiżankę. 
   Następnie ucieram żółtka z cukrem na puszysty krem. Do utartego kremu, ciągle mieszając, dodaję serek mascarpone. 
   Czekoladę, wg pierwotnego przepisu należałoby zestrugać kozikiem-nożykiem, żeby uzyskać wiórki o różnorodnym kształcie i wielkości. Ja wrzucam czekoladę do miksera dosłownie na moment i też otrzymuję różne kawałki;-) Do utartego kremu żółtkowo-serowego dodaję 1/2 startej czekolady i dokładnie mieszam.
   Ubijam białka na sztywną pianę i dodaję do masy. Mieszam delikatnie, żeby wszystko dobrze się połączyło.
   Biszkopty moczę w przestudzonej kawie (do której można dolać likier, jeśli się lubi - ja nie dodaję) i układam na przemian warstwę biszkoptów, warstwę kremu, warstwę biszkoptów, warstwę kremu... Ilość warstw zależy od wielkości naczynia. Kończę warstwą kremu, którą posypuję resztą czekolady. 
   Odstawiam gotowe tiramisù do lodówki na kilka godzin.
   Wiedząc, że tiramisù jest najsmaczniejsze kiedy biszkopty przesiąkną kawą i kremem, zrobiłam je wczoraj wieczorem. Dzisiaj do porannej kawy było znakomite! A zaraz po kolacji też będzie rewelacyjne;-)



wtorek, 14 lutego 2012

To, co tygrysy lubią najbardziej, czyli krewetki tygrysie z ryżem;-)

   Nic dziwnego, że lubię krewetki. Znowu mój organizm dobrze podpowiada. Krewetki są bogate w białko i witaminy z grupy B. Poza tym zawierają selen, miedź, potas, magnez i fosfor. A jak powszechnie wiadomo, zarówno witamina B, jak i magnez pomagają w walce ze stresem i zmęczeniem.
   Zazwyczaj kupuję krewetki tygrysie mrożone, obgotowane, 250 g. Wystarczająca porcja dla dwojga, jeśli podaję je np. z ryżem. W tym przypadku wybieram biały długoziarnisty, bo na brązowym krewetki nie prezentują się tak apetycznie.
   Po rozmrożeniu, pozbawione ogonków - dzięki temu wygodniej się je potem je, płuczę krewetki pod bieżącą wodą, osuszam i wrzucam do przygotowanej wcześniej marynaty, którą robię tak:

  • w moździerzu ucieram kilka ziaren zielonego pieprzu z łyżeczką nasion kopru włoskiego - co za zapach!!! 
  • drobno siekam 1 ząbek czosnku,
  • wrzucam do miski pieprz, koper, czosnek i pół łyżeczki suszonej papryczki włoskiej peperoncino,
  • zalewam wszystko oliwą z oliwek,
  • wrzucam do marynaty krewetki i dokładnie mieszam; całe powinny być pokryte marynatą,
  • odstawiam na półgodziny w chłodne miejsce.

   W czasie, gdy ryż się gotuje, podsmażam na maśle krewetki wyciągnięte z marynaty. Po 3 minutach smażenia wlewam 1/2 szklanki białego wytrawnego wina, dodaję odrobinę soli i na niewielkim ogniu dalej duszę krewetki przez około 5 minut.
   Do ugotowanego i odcedzonego ryżu dodaję uduszone krewetki, sporo drobno posiekanego szczypiorku i natki pietruszki. Dolewam trochę złocistego sosu, który powstał w czasie duszenia krewetek, ale niezbyt dużo, bo nie chcę, żeby ryż był zbyt mokry, a jedynie lekko się skleił. Mieszam wszystko w garnku, w którym wcześniej gotowałam ryż. 
   Danie podaję lekko skropione sokiem z cytryny, na talerzu ozdobionym pomidorkami koktajlowymi przekrojonymi na pół. Dzięki temu uzyskuję akcent włoski - kolorystykę flagi: czerwień, biel i zieleń;-) No i mogę przenieść się myślami nad Morze Śródziemne, gdzie krewetki smakują jeszcze bardziej...



niedziela, 12 lutego 2012

Uszczęśliwiająca zupa z soczewicy

   Niemożliwe?;-) A dlaczego by nie? Ta zupa wywołuje uśmiech na twarzy, bo wygląda optymistycznie i pachnie tak zachęcająco, że nie sposób się jej oprzeć:-) Idealna w zimę, bo cudownie rozgrzewa i wizualnie, i smakowo.
   Pomarańczowe - jak wschodzące minisłońca - krążki marchewki, mrugające oczka złocistej oliwy, hiszpańska czerwień pomidorów, biel plasterków czosnku i zieleń selera naciowego. Dzięki krótkiemu procesowi gotowania, wszystko zachowuje swój kolor. A zapach przypraw... Mmm... 
   Często sięgam po soczewicę. Nie tak dawno dowiedziałam się, że zmniejsza napięcie oraz wyczerpanie nerwowe i fizyczne spowodowane zmęczeniem. Czyli, jak zwykle mój organizm dobrze podpowiada, co jest mu potrzebne. Polecam słuchanie swojej intuicji, a nasza dieta będzie zbawienna dla ducha i ciała;-)


Co jest potrzebne? Zmiksowałam chyba ze trzy przepisy, dodałam kilka swoich pomysłów i trochę tego się nazbierało.

  • 1 puszka soczewicy - ja wybieram np. "Happy Frucht" (puszka 400 g/po odsączeniu 240 g). Jeśli nie mam takowej w spiżarce, to biorę suche ziarno soczewicy czerwonej lub zielonej - ok. 1 szklanki. Na szczęście nie trzeba jej moczyć, a jedynie trochę dłużej gotować.
  • 1 puszka (400 g) całych pomidorów pelati bez skórki, pasteryzowanych (bez konserwantów jest produkowana np. przez Łowicz), albo ze cztery świeże mięsiste bardzo pomidorowe pomidory bez skórki.
  • 1 marchew średniej wielkości, obrana i pokrojona w cienkie plasterki,
  • 1 biała cebula pokrojona w drobną kostkę,
  • 2 ząbki czosnku pokrojone w cienkie plasterki,
  • 1 łodyga selera naciowego pokrojonego w plasterki lub niewielki kawałek korzenia selera pokrojonego w drobną kostkę,
  • 2 lub 3 niewielkie ziemniaki, obrane i pokrojone w kostkę,
  • 1/2 szklanki białego wytrawnego wina,
  • 1 szklanka gorącej wody,
  • oliwa - tyle, żeby pokryło cienką warstwą dno garnka, w którym będziemy gotować zupę,
  • 1/2 łyżeczki całych nasion kminku - prażonych na suchej patelni ok. minutę, tak by zaczęły wydzielać intensywny zapach,
  • kilka ziarenek zielonego pieprzu i kilka ziarenek kolendry utartych w moździerzu,
  • przyprawa garam masala - tyle, ile mieści się na czubku łyżeczki do kawy,
  • 1 liść laurowy,
  • 2 ziarnka ziela angielskiego,
  • 1 mała łyżeczka ostrego ketchupu,
  • sól
  • cukier, ostra papryka (mielona) - do dosmaczenia.
   Wlewam oliwę do garnka, w którym będzie gotować się zupa. Wrzucam na rozgrzaną oliwę marchew, cebulę, ziemniaki, seler, prażony kminek i sól. Wszystko mieszam i duszę przez ok. 5 minut. Następnie zalewam warzywa gorącą wodą i winem. Dodaję liść laurowy, ziele angielskie, garam masalę, odrobinę ostrej papryki i mieszankę pieprzu z kolendrą. Jeśli mam suche ziarno soczewicy, to wrzucam już teraz. Jeśli z puszki, to za kilka minut, kiedy marchewka i ziemniaki będą prawie miękkie. Wówczas też dodaję pokrojone pomidory wraz z zalewą. Dorzucam odrobinę cukru trzcinowego i ketchup.
   Zupa powinna być dość gęsta. Można podawać ją posypaną natką pietruszki. Niektórzy lubią przegryzać ją chlebem albo crostini.
   Doskonale smakuje odgrzewana na drugi dzień. O ile oczywiście coś zostanie...


   Przepis bierze udział w akcji kulinarnej na portalu Durszlak.pl: Ministerstwo Zupy:-)

czwartek, 9 lutego 2012

Sałatka "przypłynął łosoś"

   Właściwie, to nie planowałam pisać o łososiu w międzynarodowym dniu pizzy:-) Jednak w momencie, kiedy zaczęłam jeść, to nie mogłam się oprzeć... Sięgnęłam po telefon, żeby zrobić zdjęcie zanim pochłonę zbyt wiele i zostanie sam talerz do sfotografowania;-)




   Mówi się, że zima to nie najlepsza pora na sałatki, że to czas na rozgrzewające zupy. Moja ulubiona zimowa zupa z soczewicy też się tu kiedyś pojawi, ale nie dzisiaj, bo dzisiaj przypłynął łosoś.

   Mój dzisiejszy bohater jest niezwykłą rybą. Przemierza tysiące kilometrów, aby po latach powrócić do miejsca swoich urodzin i umrzeć. Właściwie, nie wiadomo dlaczego tak walczy, płynąc pod prąd dzikich rzek. 

Ważne dla osób, które nie jedzą mięsa, czyli takich jak ja - łosoś to doskonałe źródło wartościowego białka, które spokojnie może mięso zastąpić. Zawiera słynne kwasy tłuszczowe Omega 3, które chronią serce, układ krążenia i likwidują stany zapalne. Spożywanie ryb oleistych, takich jak łosoś, łagodzi bóle menstruacyjne i zapobiega wahaniom nastrojów, więc jem w nadziei, że mój nastrój wróci do normy:-) Poza tym dostarcza witaminy D, B12 i B6, a także selenu, fosforu i magnezu. No i ten kolor! W zależności od odmiany - od różowego do pomarańczowego, a niby mówi się "łososiowy";-)

   Do sałatki przydałaby się... sałata:-) Bardzo lubię mix sałat - endywia escarola, endywia frisee, cykoria radicchio i roszponka. Ta ostatnia zawiera między innymi dużo witaminy A, C, B9 i jest cennym źródłem kwasów tłuszczowych Omega 3 (ha! znowu Omega 3!) oraz błonnika. Natomiast cykoria - endywia to też cykoria - dostarcza całe mnóstwo ważnych minerałów i związków, takich jak sód, potas, magnez, żelazo, miedź, cynk, fosfor, chlor, karoten, a ponadto witaminy B1, B2, C. Kto by pomyślał? Niepozorne, zielone, czerwone, białe, gładkie lub postrzępione, lekko gorzkawe, a takie zdrowe:-)



Sałatka "Przypłynął łosoś", to danie błyskawiczne, które podaję z tostami:


  • rzucam na talerz solidną garść mieszanki sałat, 
  • kroję kilka pomidorków koktajlowych na pół i układam na sałacie, gdzie popadnie,
  • kroję łososia w paski, które rozkładam promieniście od środka talerza, 
  • mieszam dwie łyżki majonezu z małą łyżeczką przecieru pomidorowego i taki dresing (w kolorze blado-łososiowym) rozsmarowuję na łososiowych paskach,
  • całość posypuję kilkoma marynowanymi kaparami (w medycynie ludowej były ponoć używane do leczenia wzdęć, reumatyzmu oraz impotencji u mężczyzn...).
No i znowu zgłodniałam:-)

wtorek, 7 lutego 2012

Makaroni brokoloni

   Tym razem, jak sama nazwa wskazuje, będzie o makaronie i o brokułach:-) 


   Zimową porą najbardziej lubię świeże brokuły z Hiszpanii. Mają piękny kształt korony solidnego, wiecznie zielonego drzewa. Wystarczy chwila gotowania na parze, a zachowują kolor, smak i jędrność. Absolutnie nie używaj mrożonek! Jak by ich nie gotować, robią się gąbczaste i szaropietruszkowe. 
   A makarony... Mmm...  W poprzednim życiu chyba byłam Włoszką:-)
Dzisiaj użyłam Garganelli - pasta di Calabria (www.pastafioccata.com). Dostałam go podczas ubiegłorocznego pobytu w Kalabrii, gdzie miałam okazję każdego dnia jeść różnego rodzaju makarony ze smacznymi dodatkami. Chętnie zamieszkałabym we Włoszech nie tylko z powodu klimatu, ale umiłowania jedzenia, umiejętności kulinarnych Włochów i mnogości dostępnych składników...
   To danie, które zrobiłam dzisiaj, to moja wariacja na temat sosów do makaronu.
   
Do makaroni brokoloni potrzebne są:

  • zielona głowa brokułowa,
  • makaron (najlepiej włoski) - ok. 100-120 g na osobę,
  • mały pojemnik śmietany 18%,
  • solidna łyżka masła,
  • dwa ząbki czosnku,
  • ok. 50 g drobno startego sera pecorino albo parmezanu,
  • sól,
  • mała garść płatków migdałów.



   Brokuły dzielę na niewielkie różyczki, ponieważ małe kawałki wygodniej się je, myję pod bieżącą wodą. Gotuję na parze nie dłużej niż 10 minut. Trzeba sprawdzać od czasu do czasu, bo zdarza się, że brokuły są gotowe wcześniej, po 7 minutach. Nie powinny się rozgotować. Lepiej jak są jędrne i zieloniutkie:-)
   Makaron gotuję we wrzącej osolonej wodzie, bez przykrywania garnka. Lubię al dente, więc zazwyczaj nie trwa to długo. Trudno powiedzieć, ile czasu, bo to zależy od tego jakiego makaronu użyjesz. Mój był gotowy po 6 minutach.
   Na patelni rozgrzewam masło, dodaję rozgniecione ząbki czosnku, a po chwili śmietanę. Na bardzo małym ogniu dokładnie mieszam i na koniec dorzucam starty ser. Jeśli sos jest zbyt gęsty, to wystarczy dodać trochę wody, w której gotuje się makaron.
   Na suchej patelni prażę płatki migdałów.
   Odlewam makaron na durszlak, a następnie jak odcieknie woda, wrzucam do garnka, w którym się gotował. Do makaronu dorzucam brokuły i delikatnie mieszam. Dolewam sos i ponownie mieszam. Nie można przesadzić z ilością sosu. Makaron nie może w nim pływać. Sos powinien go jedynie lekko otoczyć.
   Po nałożeniu makaroni brokoloni na talerze, posypuję całość prażonymi płatkami migdałów. 
   Ponieważ zostało wino z wczoraj, to wykorzystaliśmy je do popicia dania i przeniesienia się myślami - i smakami - na południe Włoch, do Tropei.



poniedziałek, 6 lutego 2012

Zapiekanka w cieście francuskim - "babcine papucie"

   Tak, to jest nazwa kolejnej potrawy. Nie brzmi jak coś związanego z pożywieniem?:-) A taka na przykład "magdalenka"? Czy nazwa wywołuje w Twojej wyobraźni obraz ciastka? A może ktoś w tym momencie pomyśli o jakieś sympatycznej Magdzie?;-) Może przypomnisz sobie "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta i dopiero po chwili zobaczysz ciastko? A tak właściwie, to muszę kiedyś zrobić magdalenki, bo chyba warto byłoby wiedzieć, jak pachną i jak smakują.
   Ale dzisiaj nic słodkiego. Tym razem coś na późny obiad lub wczesną kolację.
Nazwa mojej potrawy wzięła się stąd, że Andrzej, mój życiowy partner, na widok tego, co wyjęłam z pieca, czyli tego, co możesz zobaczyć na zdjęciu poniżej, zakrzyknął "Te placki wyglądają jak papucie, które miała kiedyś moja babcia!"



Zatem potrawa niniejsza zwie się "Babcine papucie" i już:-)


Do jej wykonania potrzebne są:

  • arkusz świeżego ciasta francuskiego ok. 275 g
  • spory por (biała część) ok. 300 g
  • pieczarki ok. 250 g
  • całe jajko + żółtko
  • łyżka jogurtu greckiego
  • ząbek czosnku
  • drobno starty ser pecorino lub parmezan ok. 50 g
  • oliwa
  • masło
  • sól, pieprz cayenne, zioła prowansalskie
  • pół szklanki białego wytrawnego wina
  • sezam

   Nagrzewam piekarnik do 220 stopni.
   Umyty por kroję wzdłuż, a następnie połówki na cienkie półplasterki. Pięknie się rozdzielają w piórka... Duszę je na oliwie z dodatkiem masła. W trakcie duszenia solę, przyprawiam odrobiną ziół prowansalskich i dodaję wino. Czekam aż wino trochę odparuje. Odstawiam patelnię, żeby por trochę przestygł.
   Pieczarki oczyszczam, opłukuję pod bieżącą wodą, osuszam i kroję w cienkie plasterki. Podduszam na oliwie z dodatkiem masła. W trakcie duszenia, jak już puszczą wodę i zaczną się przyrumieniać, dodaję rozgnieciony czosnek, sól i pieprz. Zawsze podjadam kilka, bo tak apetycznie wyglądają, że nie mogę się oprzeć.
   Do pora dodaję jajko, które wcześniej wymieszałam z jogurtem. Następnie dosypuję drobno starty ser i mieszam, tak żeby wszystko się dokładnie połączyło.
   Arkusz ciasta dzielę na pół. Układam na papierze do pieczenia na blasze. Na środek półarkusza kładę masę porową, a na nią pieczarki. Sklejam ciasto wzdłuż niezbyt mocno, żeby po podpieczeniu rozłożyło się tak jak na zdjęciu. Mocniej sklejam po krótkim boku, żeby masa nie wyciekła w trakcie pieczenia. Smaruję żółtkiem i posypuję sezamem.


"Babcine papucie" wędrują do nagrzanego piekarnika na 20 minut. 


Bardzo dobrze pasuje do nich węgierskie białe wytrawne wino z regionu tokajskiego, np.  Pannonhalmi Tricollis 2010 (http://www.apatsagipinceszet.hu/). Dla osób nieznających węgierskiego pewnie bardziej przydatna będzie informacja, że wino to można kupić w Tarnowie w Winiarni Lippoczy Pince Sztyler & Hegedus  (http://tokaji.pl/strona.php).


niedziela, 5 lutego 2012

Trochę egzotyki w zimowe popołudnie, czyli kokosanki

Postanowiłam nie ulegać mroźnej aurze, dając jej prztyczka w nos w postaci kokosowych zapachów wydobywających się z mojej kuchni.

Na początek nastawiłam piekarnik na 160 stopni. Od razu zrobiło się cieplej:-)

Sięgnęłam po:

  • paczkę wiórków kokosowych (300 g), 
  • puszkę słodzonego skondensowanego mleka (530 ml), 
  • aromat migdałowy (1 łyżeczka) i 
  • cukier waniliowy (1 łyżeczka), który podobno zawiera prawdziwą wanilię, a nie jej aromat. Pachnie bosko, więc może to prawda?
Wrzuciłam wiórki i cukier waniliowy do miski, wlałam do tego mleko i aromat migdałowy. Całość połączyłam ostrożnie, bo chodzi o to, żeby masa się nie zbiła, ale była w miarę puszysta. 

Następnie, przy pomocy łyżeczki do robienia kulek z melona albo arbuza, zrobiłam z masy kuleczki i ułożyłam je na blasze wyłożonej folią aluminiową. Wyszło ich ponad 50 sztuk.

Całość powędrowała do piekarnika na 20 minut. 

Upieczone kokosanki straciły kulisty kształt, więc nie warto następnym razem tak się starać, żeby były okrągłe. Na szczęście ich forma nie wpływa na smak.

Po wystudzeniu ciasteczek, w kuchni wciąż pachnącej kokosem, popijając gorzką kawę przegryzałam niespiesznie słodkie niekuliste kokosanki. Wystarczyło jedynie przymknąć oczy, jednocześnie wystawiając twarz do słońca - w ciepłej kuchni ma się wrażenie, że grzeje przez szyby okienne - i wyobrazić sobie palmy, szumiący ocean... Mmm... Zima została daleko w Polsce;-)

Kokosanki powędrowały do pojemnika. Będą na jutro i na kolejne zimowe dni.





Kokosanki biorą udział w konkursie Wszystko o Italii "A może ciastko?"